FRAGMENTY
KSIĄŻKI
Postrach misji
Tantryzm z doliny Indusu jest jedną z
najstarszych żywych religii. W Indiach i Pakistanie odkopano prehistoryczne osiedla,
takie jak Lothal i Harappa, liczące co najmniej pięć tysięcy lat. Już tam napotykamy
święty symbol tantryzmu: penis stojący prosto w pochwie, lingam w yoni. Źródła
tantry sięgają nieznanej przeszłości, ale tradycja mówi o Siambala, legendarnym
królestwie pochłoniętym przez pustynię Gobi.
Celem tantryzmu jest osiągnięcie harmonijnej zgodności między
elementem męskim i żeńskim. Bogiem tantryzmu jest Siwa-Siakti, to znaczy istota w
połowie męska, w połowie żeńska.
Także we współczesnych Indiach wszędzie można spotkać
wizerunek penisa w pochwie, przy drogach i na skrzyżowaniach, w świątyniach i w domach,
tak jak w krajach katolickich krucyfiks. Misjonarze oraz wysłannicy protestanccy widzieli
w tym perwersyjne uwielbienie dla fallusa, co oczywiście wzbudzało ich wstręt. Jednak
wierni nie widzą w tym niczego złego i malują wesołe twarzyczki na szlachetnych
częściach ich boga czy bogini albo zawieszają na nich wieńce z kwiatów.
Tantryści powiadają: "Siwa bez Siakti jest jak ciało bez
tchu". Tantra oznacza krosna. Na tych krosnach tkane są razem, element męski i
żeński, wątek i osnowa, w żyjący dywan. Jak niewiarygodnie bogate i wysoko
rozwinięte musiało być kiedyś życie miłosne, odkrywa człowiek w dzisiejszych, w
dużej mierze wiktoriańskich Indiach, przy okazji wizyty w jednej z niezliczonych
świątyń tantrycznych.
Tam, na zewnętrznych murach wiekowych budynków, bogowie i
boginie, tancerze i kurtyzany, uprawiają na oczach wszystkich wszelkie możliwe formy
erotyki. Każdy odwiedzający, młody czy stary, bogaty czy biedny, może tu do woli
nacieszyć się wszystkimi seksualnymi wyczynami, jakie tylko przychodzą na myśl:
spółkowanie ze zwierzętami, z karłami, orgie grupowe we wszelkich możliwych
wariantach.
Zewnętrzne mury świątyń tantrycznych symbolizują życie
ziemskie, pełne przyjemności i urody. W miarę jak wchodzę dalej do świątyni,
atmosfera staje się poważniejsza, ozdoby skromniejsze. W końcu dochodzę do serca
świątyni, nazywanego macicą. Tutaj jestem sam w ciemności. Lampa oliwna mruga obok
rzeźby penisa w pochwie, klejnotu w lotosie, wykonanych w błyszczącym, czarnym
kamieniu. Tutaj, w macicy bogów, człowiek jest sam na sam ze sobą, bez kapłanów i
całego tego zamieszania.
Gdy ponownie stoję na zewnątrz, pomiędzy turystami gapiącymi
się na sceny erotyczne, dociera do mnie, że mentalność tantryczna jest dokładnie
przeciwstawna wiktoriańskiej. Erotyka ukazuje się tu na zewnątrz w sposób
nieskrępowany, podczas gdy we wnętrzu świątyni panuje skromność. U nas zakłada się
maskę pruderii, a zarazem potajemnie wyczynia się to i owo. Bezwzględny ucisk
muzułmański i wiktoriańska pruderia brytyjskich kolonizatorów położyły kres
otwartej lubieżności tantryzmu. Kobiety indyjskie kąpią się w morzu całkowicie
ubrane, a uchwycenie uwodzicielskiego spojrzenia hinduskiej piękności to największa i
podniecająca rzadkość.
Właściwie dopiero w dwudziestym wieku powstało zainteresowanie
filozofią kryjącą się za tak zwaną czcią fallusa, a na Zachodzie ukazały się
studia i tłumaczenia dotyczące tych zagadnień.
Akt płciowy, jako zjednoczenie pierwiastka męskiego z
żeńskim, nie jest według tantrystów grzechem godnym odrzucenia, ale sposobem na
osiągnięcie boskiej harmonii przez wspólną ekstazę. Kobieta zajmuje miejsce
centralne, a techniki miłosne skierowane są na ofiarowanie jej jak największego
zadowolenia i zaspokojenia i możliwie najdłuższe odroczenie męskiego orgazmu. Akcent,
tak jak w jodze, skupiony jest na duchowym efekcie technik cielesnych. Nie przypadkowy
jest fakt, że w ostatnich latach pojawiły się poważne publikacje kobiet z Zachodu o
tantrze.
Idealny związek między mężczyzną i kobietą nazywany jest
"zasadą przyjemności" - znacznie mniej groźnie niż "zasada
pożądania" Freuda. W tym związku mężczyzna pozwala prowadzić się kobiecie na
szczyty szczęścia i zaspokojenia. Przeciwieństwo, gdzie nie docierają kobiety, gdzie
panują wojna, śmierć i niezadowolenie, nazywane jest samhara. Oczywiście, pogląd ten
musiał być zwalczany i niszczony przez religie patriarchalne, które właśnie wielkim
poważaniem darzą bohaterstwo i wojnę.
Annapurnie, indyjskiej bogini miłości, służyły w jej
świątyniach kapłanki biegłe w sztuce kochania. Mężczyźni, przychodzący oddać
cześć bogini, byli przez kapłanki wprowadzani w sekrety erotyki. Chrześcijaństwo
naznaczyło owe kapłanki lekceważąco, jako świątynne prostytutki, ale wierni
śpiewali: "Kochać się z devi, jest cnotą wymazującą wszystkie grzechy".
Według znanego erotologa hinduizmu, Yusodhra, istnieje nie mniej niż
729 pozycji miłosnych.Większość z nich przedstawiono na słynnych, unikalnych w
świecie świątyniach Konarak i Khajuraho. Świadectwo pewnego poglądu na życie, tak
jak je opiewał Owidiusz: "Niech żyją ci, co wiedzą jak kochać, przeklęci niech
będą ci, co nie kochają, dwakroć potępieni niech będą ci, co kochać
zabraniają!"
Dzieci Zoroastra
Nagle, między tysiącami wywieszek, powiewających
proporczyków, straganików, wózków ręcznych, rykszy i swobodnie chodzących krów,
miejsce pełne spokoju. Mały budynek, strzeżony przez dwa olbrzymie uskrzydlone byki z
brodatymi głowami mężczyzn. Nie wierzę własnym oczom. Wyglądająca na autentyczną
świątynię asyryjską na zatłoczonej ulicy handlowej - tego nie spodziewałem się
nawet w Indiach. Srebrne byki-Iudzie okazują się pilnować wejścia do świątyni ognia
parsów. Na dachu pyszni się czerwony, skamieniały ogień.
Pukam do zamkniętych drzwi. Po dłuższym czasie stary, chudy
mężczyzna
w czymś w rodzaju ciemnej mycki na głowie, uchyla na szparę skrzypiącą bramę. Gdy
widzi mnie, człowieka z Zachodu, stojącego na progu, jest wyraźnie przestraszony i
mówi: - Nahi, nahi. Potem zamyka mi przed nosem drzwi i do mych uszu dochodzą dźwięki
zasuwania większej liczby zasuw, niż przed chwilą odsunął. Teraz dopiero ogarnia mnie
ciekawość! Kim są ci Babilończycy?
- Wielki jest Ahura Mazdao, że zwrócił na nas pańską uwagę
- mówi uczony wyznawca parsizmu, profesor Doktor, którego spotkałem w bibliotece
zoroastriańskiej - profesor to mój tytuł, Doktor jest moim nazwiskiem.
Zaczyna opowiadać o swym ludzie, który rozproszony po całym
świecie liczy już zaledwie sto pięćdziesiąt tysięcy dusz.
W siódmym wieku zostaliśmy wygnani przez fanatycznych
muzułmanów z naszego własnego kraju. Była nim Persja. Kilkuset wyznawców parsizmu
wylądowało na wybrzeżu Indii i zostało serdecznie przyjętych przez tolerancyjnych
hinduistów. Kiedy okazało się, że nie będziemy tu ścigani, przybyły jeszcze
tysiące uciekinierów. A teraz, tysiąc czterysta lat później, gmina parsów w Bombaju
stanowi wszystko, co zostało z niegdyś tak potężnego królestwa Persji. Jesteśmy
dziećmi Zoroastra, mikroskopijnie małym ludem. Pozwoli pan, że go na chwilę
przeproszę?
Profesor Doktor jest współcześnie wyglądającym mężczyzną,
ubranym jak brytyjski arystokrata z lat dwudziestych. Zamyka oczy i wydaje się słuchać
głosu dla mnie niesłyszalnego. Pomrukuje coś w niezrozumiałym dla mnie języku. Potem
otwiera oczy i coś zapisuje.
- Mistrz przyzywa mnie w najdziwniejszych chwilach - uśmiecha
się.
- Mistrz? - pytam.
- Nie żyje od dawna, ale jeszcze co dzień słyszę jego głos.
- A o czym on mówi?
- Och, o wszystkim. Udziela mi pożytecznych wskazówek. Właśnie
przed chwilą poradził mi, bym raczej pojechał taksówką na następne spotkanie, bo w
moim samochodzie pęknie opona.
- To duża wygoda - mówię. - I zawsze stosuje się pan do jego
wskazówek?
- Absolutnie. Tak jak mój ojciec i dziadek.
- To on jest już tak długo w rodzinie?
- O tak. Doprowadził naszą rodzinę do rozkwitu. - Czy rady
zawsze okazują się słuszne?
- Bardzo słuszne. Sporadycznie każe mi zrobić coś
absurdalnego, ale to tylko po to, by wypróbować moje zaufanie.
Przeprasza, ponieważ musi udać się na umówione spotkanie, ale
zaprasza mnie następnego dnia na lunch do swojego domu.
Parsowie słyną jako smakosze. Stół ugina się pod wyszukanymi
zakąskami i półmiskami. Pani Doktor wnosi coraz to nowe pyszności, wydając pomruki
zachęcające do jedzenia.
Profesor Doktor ciągle nakłada mi do pełna, podczas gdy sam
nie je ani kęska. Z promiennym uśmiechem studiuje moją twarz, gdy ponownie wkładam do
ust nieznaną potrawę. Brakuje tylko tego, by mnie tymi kąskami karmił.
- Skarbie, ty nic nie jesz - mówi pani domu, sama zasiadając do
stołu, gdy wreszcie wszystko jest podane.
- Nie, nie jem - odpowiada profesor. - Mistrz mówi: dzisiaj
tylko czekolada. |