NOWY NUMER OBIEŻYŚWIATA

W
salonach prasowych ukazał się kolejny numer 1(17) styczeń-marzec 2009 magazynu
turystycznego OBIEŻYŚWIAT. Czasopismo jest kierowane do wszystkich osób kochających
podróże. Oprócz reportaży i zdjęć zawiera także ofertę podróży po Polsce i
wyjazdów do krajów tak bliskich jak Austria, Czechy, Norwegia czy popularnych jak Grecja
i Tunezja, czy do tak dalekich jak Bhutan i Nowa Zelandia. Od tego numeru OBIEŻYŚWIAT ma
o 16 stron więcej! Nadal jest zdecydowanie najtańszym polskim magazynem turystycznym.
Kosztuje 3,95 zł, ale mimo niskiej ceny znajdziecie w nim Państwo kilkanaście
ciekawych, inspirujących do podróży tematów i konkurs. Aktualny numer będzie w
sprzedaży do końca marca 2009 roku.
O NAJNOWSZE WYDANIE
MAGAZYNU OBIEŻYŚWIAT PYTAJ
W SALONACH PRASOWYCH RUCH, KOLPORTER I EMPIK!
: W numerze
NA SKRAJU SAHARY
Tunezja
CO MA W SOBIE TYROL?
Austria
LAPONIA ZIMĄ
Norwegia
DESKOWY BAKCYL
Z notatnika podróżnika
W STRONĘ GRECJI
Rejs wycieczkowy
PŁYWAJĄCE KURORTY
Rozmowa z Markiem Piksą
CZY TO TAJEMNICZA ATLANTYDA?
Grecja - Santorini
MULTIMEDIA, KSIĄŻKI I KONKURS
DALAJLAMA
Orędownik miłości i współczucia
KRÓLESTWO GRZMIĄCEGO SMOKA
Bhutan
Z KAMERĄ W PLECAKU
Elżbieta i Andrzej Lisowcy
WELLINGTON
Nowa Zelandia
Z APARATEM W ŚWIAT
FotoSzkoła
KUCHNIE ŚWIATA
Chorwacja
FESTIWAL "WŁÓCZYKIJ"
: WSTĘP
Podróżujmy razem!
Miło nam zakomunikować, że razem z Państwem właśnie wkraczamy w
czwarty rok papierowego wydania "Obieżyświata", nie licząc wcześniejszych edycji
na CD-ROM. Druga dobra wiadomość to fakt, że od tego numeru nasz magazyn będzie miał
o 16 stron więcej, co nie tylko pozwoli nam rozszerzyć i pogłębić podróżnicze
tematy, ale również publikować zdjęcia w dużo większych formatach. Mimo, iż
"Obieżyświat" zwiększył swoją objętość o połowę, cena jego wzrosła tylko o
jedną trzecią, czyniąc go nadal zdecydowanie najtańszym czasopismem podróżniczym na
polskim rynku prasowym.
A co Państwu proponujemy w tym numerze na zimowe i wiosenne dni? Z
pewnością wyjazd na narty. Wybór jest ogromny, lecz my tym razem przybliżamy ośrodki
narciarskie Czech i austriackiego Tyrolu. Zaglądamy też do dalekiej, norweskiej części
Laponii, by zobaczyć, co słychać u jeżdżących na motorowych saniach hodowców
reniferów.
Zima to świetna pora na tani wyjazd egzotyczny. Proponujemy Tunezję,
która naprawdę ma dużo więcej do zaoferowania niż tylko hotele z basenami. W
obszernym reportażu "Na skraju Sahary" namawiamy do wycieczek objazdowych po jej
południowych, bardziej pustynnych regionach z niesamowitymi krajobrazami, dobrze
zachowanymi zabytkami z czasów starożytnych i z jakże odmienną od naszej kulturą
berberyjską i arabską. A tym, którzy myślą już o wiośnie podpowiadamy - a może w
stronę Grecji? Tak zresztą nazywa się rejs wycieczkowy, który jest świetną formą
wypoczynku i dobrą okazją do odwiedzenia Hellady. Przybliżamy też wyspę Santorini,
która kiedyś prawdopodobnie była zagadkową Atlantydą.
Będąc pod dużym wrażeniem wizyty JŚ Dalajlamy XIV w Polsce
przybliżamy jego sylwetkę i słowa, a z pewnością warto się w nie wsłuchać!
Zapraszamy też do Bhutanu, himalajskiego królestwa, o którym mało kto słyszał a w
którym żyją wyjątkowo szczęśliwi ludzie. Jak zwykle, składamy też wizytę na
antypodach, tym razem w Wellington - stolicy Nowej Zelandii. Po świecie oprowadzą nas
autorzy telewizyjnego "Światowca" Elżbieta i Andrzej Lisowscy. W "FotoSzkole"
podpowiemy jak robić dobre zdjęcia a w "Kuchniach świata" zapraszamy do Chorwacji.
Życzymy Państwu, aby rok 2009 był szczęśliwy, pełen zdrowia i
miłości oraz spełnionych marzeń podróżniczych.
Redakcja OBIEŻYŚWIATA
: Fragmenty artykułów
NA SKRAJU SAHARY
Tunezja
Zima i wczesna wiosna to bardzo dobry okres na odwiedzenie Tunezji, bo
ceny tygodniowego pobytu w hotelu wraz z wyżywieniem i przelotami zaczynają się w
ofertach last minute już od 699 złotych. Nie będzie to jednak wyprawa po słońce i
opaleniznę ze względu na temperatury od kilkunastu do dwudziestu paru stopni. Warto
jednak, wypoczywając w kurortach Hammamet, Monastir, Sousse lub Mahdia czy na wyspie
Dżerba, wykupić na miejscu dwu- lub trzydniową wycieczkę objazdową po kraju. Cena
wynosi ok. 500 złotych a zobaczyć można bardzo dużo i przeżyć pasjonującą
przygodę, pokonując ponad 1200 km. A co można zobaczyć? W tym niewielkim, ale bardzo
zróżnicowanym kraju doświadczyłem różnych klimatów. Podziwiałem
śródziemnomorskie ogrody, oliwkowe gaje, stepy i obszary półpustynne oraz Saharę i
jej oazy. Oprócz krajobrazów, zadziwiająca w Tunezji jest również bogata
przeszłość i współczesna kultura, sięgająca swoimi korzeniami daleko poza czasy
rzymskie, wymieszana z szybko zanikającą spuścizną Berberów i kulturą arabską.
Z wyspy Dżerba wyruszam na południe kraju, aby obejrzeć słynne
ksary i docieram do miejscowości Tataouine (pol. Tatawin). Ta dawna baza Legii
Cudzoziemskiej leży 50 km od wybrzeża Morza Śródziemnego. Swojej nazwy w brzmieniu
Tatooine udzieliła planecie Luke'a Skylwalkera w filmie "Gwiezdne wojny".
Miasteczko może poszczycić się lokalnym, bardzo słodkim ciastkiem orzechowo-miodowym
- rożkiem gazeli.
W regionie Tataouine można znaleźć ślady ponad 100 ksarów, lepiej
lub gorzej zachowanych. Stanowiły one rodzaj spichlerzy podczas pokoju i dodatkowe
schronienie dla ludności podczas najazdów. Stąd ich charakterystyczna obronna
architektura: kształt czworoboku z pojedynczymi pomieszczeniami, tzw. ghorfami, otwartymi
tylko na wewnętrzny dziedziniec, z jedną bramą wejściową. Ksary są wymysłem plemion
berberyjskich i lokowane były zazwyczaj w miejscach trudno dostępnych lub na szczytach
gór, jak np. w Chenini. Późniejsi osadnicy arabscy przejęli ten pomysł, ale ksary
budowali w dolinach, głównie już jako magazyny żywnościowe.
Wyjazdy do Tunezji - biuro podróży SUPER URLOP
(wydawca "Obieżyświata") - www.SuperUrlop.pl,
e-mail: biuro@SuperUrlop.pl, tel. 059 842 49 53
(pn-pt w godz. 10-18).
CO MA W SOBIE TYROL?
Austria
Czego jak czego, ale gór i wykorzystujących ich stoki ośrodków
narciarskich, w Austrii nie brakuje. Właściwie na pierwszy rzut oka wszędzie jest tak
samo. Wyciągi niby podobne, trasy doskonale przygotowane, śnieg, no cóż, też taki
sam. W tej sytuacji sama nie wiem, dlaczego zawsze ciągnie mnie przede wszystkim do
Tyrolu. A właściwie wiem: bo Tyrol ma to szczególne "coś"! Uwielbiam drewniane
tyrolskie domy z charakterystycznym spadzistym dachem i popisami snycerskiego kunsztu, ze
staromodnymi wnętrzami przypominającymi muzeum albo domy naszych babć. W dodatku te
krajobrazy - idylliczne wioski w dolinach otoczonych budzącymi respekt górami. No i
wciąż żywy folklor. Nawet, jeśli ktoś twierdzi, że jodłujący Tyrolczyk w
sięgających kolan skórzanych spodniach i filcowym kapeluszu to już głównie
"cepelia" dla turystów, mnie i tak będzie się podobało!
- Wszędzie polskie flagi. Czyżby na nasz przyjazd? -
zastanawiają się często przyjeżdżający do Tyrolu Polacy. Prawda jest na tyle
zaskakująca, co prozaiczna: flaga Tyrolu jest dokładnie taka sama jak i Polski!
Szczerze mówiąc imponuje mi inwencja i przemyślane działania
Tyrolczyków. Najbardziej niesamowitym przykładem jest w tym względzie Serfaus -
wioska, z której startują gondole będące częścią ośrodka oferującego 185 km
nartostrad (www.serfaus-fiss-ladis.at). Otóż już 25 lat temu mieszkańcy Serfaus wpadli
na pomysł, że wybudują sobie. metro! Wyciągów wtedy było dużo mniej, narciarzy
też, a jednak przewidziano, że lepiej zrobić coś zawczasu niż potem mieć problemy.
Efekt? W wiosce praktycznie nie używa się samochodów, dzięki czemu powietrze jest
zdrowsze, ludzie bezpieczniejsi, a mieszkańcy szczęśliwi, że nikt im nie jeździ
między domami. A co do metra, pozazdrościć go mogą nawet największe światowe
metropolie. To nic, że ma tylko cztery stacje, ale nawet mimo upływu lat nadal zaskakuje
nowoczesnością. Podziemna kolejka łącząca wielki, darmowy parking z węzłem trzech
rozjeżdżających się w różnych kierunkach gondoli, mknie bezszelestnie i praktycznie
bezwstrząsowo. A żeby nie było wypadku przy wsiadaniu, tory od czekających narciarzy
oddzielają masywne szyby w stosownym momencie otwierające się dokładnie na wprost
drzwi wagonu.
LAPONIA ZIMĄ
Norwegia
Takie zimy pamiętam z dzieciństwa - ośnieżone choinki, mróz minus
20 stopni i skrzypienie śniegu pod stopami. Zimowa kraina jak z bajki. Wydaje się, że
za chwilę wyjadą zza zakrętu zaprzęgnięte w renifery sanie ze Świętym Mikołajem.
Jest to zresztą bardzo prawdopodobne. Jestem bowiem w lapońskim miasteczku Ivalo, a
wioska, gdzie mieszka ten sympatyczny święty, leży zaledwie kilkaset kilometrów stąd
na południe, na Kręgu Polarnym w pobliżu Rovaniemi. Święty Mikołaj ma tam swoje
biuro Santa Claus Office. Można zrobić sobie z nim zdjęcie lub wysłać kartkę z
poczty Świętego Mikołaja, którą obsługują dziewczęta w czerwonych czapeczkach.
Mogłoby się wydawać, że zimowa Laponia to kraina nieciekawa. Od
końca listopada do połowy stycznia słońce pokazuje się w ciągu dnia na kilka godzin,
temperatura potrafi spaść do minus 40 stopni, a ścięte mrozem bezkresne przestrzenie
łagodnych wzgórz pokrytych śniegiem można pokonać tylko zaprzęgniętymi w psy
saniami lub na śnieżnych skuterach. Jazda tym ryczącym potworem po zamarzniętych
jeziorach i rzekach przecinających zaśnieżone bezkresne przestrzenie to wielka frajda.
Trzeba mieć tylko odpowiednie ubranie - kombinezon, buty, maskę na twarz chroniącą od
zimnego wiatru i futrzaną czapę. Prowadzenie skutera jest proste. Gazu dodajemy
ściskając dźwignię przy kierownicy, kiedy ją puścimy skuter zwalnia. Jest też
hamulec i przyczepiona do ubrania linka bezpieczeństwa, która wyłącza silnik, kiedy
kierowca "wyleci z siodła".
DESKOWY BAKCYL
Z notatnika podróżnika
Niewątpliwie da się zauważyć, że wykształciło się coś takiego,
jak "turystyka narciarska". Ktoś, kto lubi zimę, śnieg i góry, a kiedyś zaraził
się bakcylem desek, stanie na głowie, aby gdzieś na owe deski wyjechać. I nie ważne
jest, czy mówimy o jednej desce, czy dwóch. Można sobie nawzajem dogryzać od
"parapetów" (snowboardziści) i "boazerii" (narciarze), ale i tak jedni i drudzy
muszą się na stoku tolerować. Na szczęście ja akurat jeżdżę na jednym i drugim,
tak więc śmiało mogę powiedzieć, że jestem ponad wszelkim podziałami.
Oczywiście turystyka narciarska różni się od tej tradycyjnej,
bowiem "zwiedza się" głównie stoki i ewentualnie knajpy. To, co inni uważają za
typowe zwiedzanie odpada, bo po całym dniu na deskach, ma się siłę zwykle tylko na to,
żeby wejść pod prysznic lub pójść na basen. A zresztą godziny wyłączenia
wyciągów i tak pokrywają się z godzinami zamknięcia muzeów. Inna sprawa, że nie da
się ukryć, iż miłośnicy sportów zimowych są trochę zaślepieni w swojej pasji -
bardziej istotna od tego, w jakim stylu co jest zbudowane i jak nazywał się kolejny
malarz czy architekt, staje się dla nich informacja, ile śniegu dopadało i jak jest z
przygotowaniem stoków.
W STRONĘ GRECJI
Rejs wycieczkowy
I znów wyruszam w morze. Z Katowic docieram autobusem do
Triestu, gdzie okrętuje się na statek wycieczkowy "Opera" linii MSC Cruises, którym
płynę do Ankony a potem w stronę Grecji. Pierwszym portem w Helladzie jest malowniczy
Gythion na Peloponezie, a następnie Pireus wraz z Atenami i przepiękna wyspa Korfu. W
drodze powrotnej zachwycam się chorwackim Dubrownikiem. Rejs trwa osiem dni, które dla
mnie stają się kolejnym przedłużeniem lata i ucieczką od październikowych, słotnych
dni w Polsce.
Po wejściu na pokład czterogwiazdkowej "Opery" czuję się niemal
jak w domu, gdyż jest ona bardzo podobna do statku MSC "Sinfonia", którym w maju
ubiegłego roku płynąłem z Genui do Monte Carlo, Walencji, na Maltę, a potem do Tunisu
i włoskiego portu Civitavecia, skąd już blisko jest do Rzymu (reportaż z tego rejsu
znajduje się w nr 3(15)2008 "Obieżyświata"). Ta niezwykła "łajba", długa na
251 i szeroka na prawie 29 metrów, może zabrać 2180 pasażerów i 750 członków
załogi. Statek ma 13 pokładów, z których 8 należy do gości. Pozostałe udostępnione
są tylko załodze oraz służą jako pokłady techniczne z kuchniami, magazynami i z
całą maszynerią pchającą do przodu z prędkością do 21 węzłów (czyli około 39
km/h) to pływające miasto. O chorobę morską raczej tu trudno, bo ten nowoczesny statek
w przypadku wyższej fali dyskretnie wysuwa do morza swoją "tajną broń", czyli
stabilizatory ograniczające kołysanie. Na spokojnym Adriatyku i Morzu Jońskim o tej
porze nie często się ich używa.
Na statek można wejść (i zejść z niego) tylko na podstawie
imiennej karty pokładowej. Otrzymuje się ją jeszcze w porcie po okazaniu paszportu i
sfotografowaniu twarzy przez kamerę, co jest okazją do pięknego uśmiechu do pani
obsługującej komputer. Uśmiech można powtórzyć, bo na portret ten spoglądać
będzie obsługa statku na bramkach wejściowych czy w innych sytuacjach. Kartą tą
bowiem płaci się na pokładzie za wszystkie usługi dodatkowe i zakupy w sklepach
(oprócz żetonów w kasynie). Na koniec rejsu rachunki trzeba uregulować w euro.
Oszczędni zapłacą tylko 42 euro, czyli po 6 euro za dobę hotelową obowiązujących tu
napiwków dla załogi. Karty lepiej pilnować, bo jest ona również kluczem do kabiny.
Rrejsy wycieczkowe - biuro podróży SUPER URLOP
(wydawca "Obieżyświata") - www.SuperUrlop.pl,
e-mail: biuro@SuperUrlop.pl, tel. 059 842 49 53
(pn-pt w godz. 10-18).
PŁYWAJĄCE KURORTY
Rozmowa z Markiem Piksą, prezesem zarządu Grupy Atlas Tours w
Żorach, organizującej rejsy wycieczkowe.
Dlaczego coraz więcej osób decyduje się na wakacyjny rejs po
morzu?
Myślę, że główną przyczyną wzrostu zainteresowania tą formą
wypoczynku jest połączenie typowej wycieczki objazdowej z pobytem w ośrodku
wypoczynkowym. Podczas rejsu statek zawija do wielu portów, które można zwiedzać (a
także ich okolice), a jednocześnie sam w sobie stanowi kurort ze wszystkimi jego
udogodnieniami, jak baseny czy jacuzzi. Odpada też uciążliwość ciągłego
przemieszczania się z bagażami, tak charakterystyczna dla zwykłej wycieczki. Zabierane
są one przez obsługę już w porcie i dostarczane do kabin, w którym można się
rozpakować do szaf i przez kilka, czy nawet kilkanaście dni zapomnieć o walizkach. Na
koniec rejsu bagaże też dostarczane są do portu. Poza tym pasażerom oferuje się
wysoki komfort. Przeważnie są to standardy cztero- lub pięciogwiazdkowe.
A czy kabiny nie są mniejsze od pokoi hotelowych?
Są nieco mniejsze, a czasami nawet dużo większe. Natomiast załogi
na wszystkich statkach starają się zaproponować coś dodatkowego, np. dwukrotny room
service, czyli sprzątanie kabin rano i po południu z dwukrotną wymianą ręczników.
Poza tym wycieczkowiczom na pokładach proponuje się bogate programy animacyjne,
również dla dzieci, dla których są też specjalne pomieszczenia do zabaw wraz z
fachową opieką. Każdego wieczoru w ramach ceny można dwukrotnie wybrać się do teatru
na programy rewiowe, operetkowe, pokazy czarnoksiężników czy akrobatów. Są one na
wysokim poziomie, na pewno nieporównywalnym z programami animacyjnymi wielu hoteli, o
czym zresztą świadczą pełne sale każdego wieczoru. W kilku kafeteriach gra muzyka na
żywo i to w różnych stylach, a w kasynach pograć można w ruletkę, black jacka czy na
automatach. Jest też cala uliczka ze sklepami z odzieżą, alkoholami i perfumami. Nie
zapomniano o urodzie i zdrowiu, a więc są sale fitness, ścianki wspinaczkowe, gabinety
odnowy biologicznej i masażu, no i oczywiście przychodnia lekarska.
CZY TO TAJEMNICZA ATLANTYDA?
Grecja - Santorini
Wulkaniczna wyspa Santorini to jedna z osobliwości Grecji,
piękne i nadal fascynujące miejsce mimo widocznej komercjalizacji. Warto przyjechać tu
dla niespotykanych gdzie indziej widoków i aby poznać niezwykłą potęgę natury.
Niewielki archipelag leżący w południowej części Cykladów tworzy pięć wysepek: w
tym największa Santorini (Thira), mniejsza Thirasia, Wyspy Spalone Palea i Nea Kameni,
oraz maleńka Aspronissi. Ten cud natury powinien zobaczyć każdy.
Wyspa zwana była w czasach antycznych Kalliste -
najpiękniejsza, później Thira, a nazwę Santorini nadali jej Wenecjanie na cześć jej
patronki - świętej Ireny. Przypominająca dziś rogala wyspa jest pozostałością
wielkiego stożka wulkanicznego. W połowie drugiego tysiąclecia przed naszą erą
potężny wybuch rozerwał wyspę, masy popiołu zasypały wszystko dookoła, a wielka
fala tsunami zniszczyła kwitnącą cywilizację minojską z ośrodkiem na pobliskiej
Krecie. Dziś o tym dramacie i wciąż istniejącym zagrożeniu przypominają wulkaniczne
wysepki Palea i Nea Kameni z siarkowymi źródłami i wyziewami toksycznych gazów
wulkanicznych.
Niewiele sobie z tego robią turyści przybywający na Santorini
masowo zwłaszcza w sezonie. Statki turystyczne i promy wpływają wprost do zalanego
wodą krateru wulkanu i cumują w pobliżu maleńkiego portu Skala, skąd pieszo lub na
grzbiecie sympatycznego osiołka można wdrapać się biegnącą zakosami ścieżką po
prawie sześciuset kamiennych schodach do leżącej na szczycie urwiska stolicy wyspy
nazwanej Fira (Thira). Bardziej wygodni mogą skorzystać z kolejki linowej za cztery
euro.
DALAJLAMA
Orędwonik miłości i współczucia
Ostatnia wizyta Jego Świątobliwości Dalajlamy XIV w Polsce w grudniu
2008 roku była dla wielu ludzi wielkim duchowym przeżyciem. Sam gość mówił o sobie
skromnie: "Nie jestem nikim szczególnym, nikogo nie nauczam, uważam się za jednego
z sześciu miliardów ludzi. Jeśli ktoś przyszedł na spotkanie z oczekiwaniami wobec
Dalajlamy, to się rozczaruje. Jeśli uznaliście to, co mówiłem, za interesujące,
rozwijajcie to sami, jeśli uznaliście, że jest bez znaczenia, po prostu zapomnijcie o
tym."
Kim zatem jest ten niezwykły, pełen charyzmy i wewnętrznego spokoju,
człowiek? Dalajlama, czyli Tenzin Giaco, urodził się w 1935 r. w północno- wschodnim
Tybecie w miejscowości Takcer w rodzinie rolników. Dwa lata później, w wyniku tzw.
akcji poszukiwawczej prowadzonej przez tybetańskich mnichów, rozpoznano w nim kolejne,
czternaste wcielenie wszystkich poprzednich dalajlamów (pierwszy urodził się w 1351
roku). Uznaje się ich za emanację bodhisattwy Awalokiteśwary, postaci, która
osiągnęła stopień rozwoju duchowego przysługujący Buddzie. Jej zadaniem na ziemi
jest pomaganie wszelkim istotom czującym istotom w dochodzeniu do stan pełnego
oświecenia.
W swojej wydanej w 1991 roku interesującej autobiografii
"Wolność na wygnaniu" Dalajlama XIV pisze: "Często pytają mnie, czy naprawdę w
to wierzę. Niełatwo mi odpowiedzieć. Kiedy patrzę na pięćdziesiąt sześć lat
doświadczeń mego obecnego życia z perspektywy wierzeń buddyjskich, nie mam żadnych
trudności z przyjęciem, iż jestem duchowo związany z trzynastoma poprzednimi
dalajlamami, z Czenrezigiem i z samym Buddą."
KRÓLESTWO GRZMIĄCEGO SMOKA
Bhutan
Na pytanie przyjaciół "dokąd tym razem jedziesz?" odpowiadałem
"Do Bhutanu", co powodowało pewne zmieszanie, zakłopotanie i kolejne pytanie "A
gdzie to jest? Bhutan nie jest znanym i popularnym krajem wśród Polaków, a pewnie też
i ludzi Zachodu. W pewnym sensie na własne życzenie, bowiem do dziś obowiązuje tam
ściśle przestrzegany limit wpuszczania zagranicznych turystów, których później pobyt
jest kontrolowany. Rządowi Bhutanu wcale nie zależy na spopularyzowania swojego
królestwa za granicą, a wręcz przeciwnie Bhutańczycy chcą za wszelką cenę zachować
własną tożsamość, kulturę, tradycję, nie poddawać się światowej globalizacji i
jej zgubnym skutkom. Stąd też perspektywa wizyty w Bhutanie była dla mnie tak bardzo
nęcąca.
Bhutan - to zagubione pomiędzy śnieżnymi szczytami państwo
mniejsze od Szwajcarii, pozostające w cieniu sąsiadujących z nim Indii i Chin, a
głównie Tybetu. Mieszkańców ma mniej więcej tyle, co Wrocław, czyli około 650
tysięcy, utrzymujących się głównie z pracy na roli. Nie jest to praca łatwa i
dochodowa, bo Bhutan to kraj górzysty, ze słabo rozwiniętą siecią dróg. Pola, na
których uprawiane są głównie zboża, mają niewielkie rozmiary, bardzo często są
tarasowe, a płody rolne starczają zaledwie na pokrycie własnych potrzeb. Mimo to Bhutan
jest na ósmym miejscu w światowym rankingu szczęścia z lipca 2006, który objął 178
krajów, w którym pierwsze miejsce zajęła Dania, a Polska dziewięćdziesiąte
dziewiąte. Królestwu nie zależy na zainteresowaniu świata i dopasowywaniu się do
niego, broni ono swych tajemnic i tożsamości.
Współczesna polityka państwa to umiejętne łączenie tradycyjnych
obyczajów, kultury i religii ze zrównoważonym rozwoju kraju, przy zachowaniu jego
zasobów naturalnych. Mieszkańcy Kraju Grzmiącego Smoka nie chcą podzielić losu
Nepalu, który bezkrytycznie otworzył się na Zachód i jest zadeptywany przez turystów,
boryka się z przestępczością, narkotykami, chorobami cywilizacyjnymi,
zanieczyszczeniem środowiska, niekontrolowanym napływem imigrantów, nie mówiąc już o
utracie dużej części narodowego charakteru.
Z KAMERĄ W PLECAKU
Elżbieta i Andrzej Lisowcy
(autorzy magazynu "Światowiec" w TVP INFO)
Dlaczego ostatnio znowu wracamy tak chętnie do Indii? Wiedząc
przecież co tam zastaniemy. Nie oczekujemy zaskoczeń a jednak i te wciąż się
zdarzają. Trudno gdziekolwiek indziej o większy ekstrakt tego, czym i jak żyje świat.
W Indiach można znaleźć wszystkie odcienie wyrafinowania i luksusu. Wszystkie stadia
szaleństwa, nędzy i upodlenia. A sacrum zmieszane z profanum, co zdarza się na tym
subkontynencie nawet w najświętszych miejscach, działa jak narkotyk. Bo Indie są jak
mocno przyprawione danie, do którego dodano halucynogennych ziół. Oszałamiają,
męczą, uzależniają... Tak jak wszystkie nasze podróże. Naukowe Elżbiety, wspólne
- prywatne, prasowe i telewizyjne.
Zaczynaliśmy od marzeń. I od wędrówek palcem po mapie. A później
już naprawdę - na kajakach w północnej Rumunii (na rzece Bistrita), w niezwykłej
(dla Polaków do dziś wciąż nie odkrytej) Delcie Dunaju i w bułgarskich górach Riła.
Niemal bez grosza zwiedzaliśmy zabytki i muzea Wiednia a w Berlinie godzinami
krążyliśmy wokół nieistniejącego już dziś muru, zmaterializowanego symbolu
żelaznej kurtyny. Z poczciwą kamerą "Bolex", pękatym notatnikiem, aparatem
fotograficznym, kserokopiami map i potrzebnych publikacji naukowych ruszaliśmy na coraz
bardziej dla nas egzotyczne, wymarzone szlaki. Korzystając tylko z najtańszych
hotelików, z siennikami i bez pościeli, odkrywaliśmy Azję. I to ona właśnie
wyostrzała nasze zmysły na smak świata, zapach Ziemi, na inne poczucie czasu. Azja
budowała w nas filozofię podróżowania. Zawsze pamiętaliśmy, że Polacy są także
Indoeuropejczykami.
"Światowiec" emitowany jest na antenie TVP INFO w każdą
niedzielę o godz. 9.00.
WELLINGTON
Nowa Zelandia
Jeszcze kilkanaście lat temu Wellington, stolicę Nowej Zelandii,
można było pominąć planując podróż po tym kraju, najbardziej geograficznie
odległym od Polski. Kiedy w 1993 roku po raz pierwszy odwiedziłem to miasto zrobiło na
mnie nienajlepsze wrażenie. Odrapane, drewniane domy, zaśmiecone ulice Kuba Street i
Courtney Place, silny wiatr turlający po ulicach puszki z piwem, nie zachęcały do
pozostania tutaj na dłużej. Ot, pomyślałem sobie wówczas, stolica bez wyrazu i
charakteru, zwykła prowincjonalna dziura na końcu świata. Turyści spędzali tutaj
najwyżej jedną noc i traktowali Wellington jako port zaokrętowania na prom płynący z
Wyspy Północnej na Południową, przewożący dziennie tysiące pasażerów oraz
samochodów.
Od tego czasu oblicze miasta zmieniło się radykalnie. Wellington
niebywale wypiękniał. Władze wydały na renowację starych obiektów i budowę nowych
setki milionów dolarów. Okres prosperity ostatnich lat zaowocował również odnową
wielu prywatnych domów i kamienic. Wyremontowano historyczne składy portowe i szopy, w
których garażowano łodzie, przeznaczając je na restauracje, kafejki i bary. Wellington
chlubi się tym, ze na statystycznego mieszkańca przypada tutaj najwięcej w Nowej
Zelandii tego rodzaju obiektów usługowych. W mieście można dobrze i niedrogo
zakosztować kuchni francuskiej, włoskiej, tajskiej, wietnamskiej czy miejscowej,
nowozelandzkiej, znanej z bardzo dobrej, przyrządzanej na różne sposoby wołowiny i
baraniny, a także ostryg i małż.
W Wellington można i trzeba napić się dobrego wina. Znakomite biale
- chardonnay i souvignion Blanc oraz czerwone, jak shiraz czy merlot produkują leżące
w pobliżu winnice regionu Wairarapa. Kiedy jestem w tutaj wpadam na lampkę lokalnego
wina lub piwa do słynnego pubu "Backbancher". Znajduje się on naprzeciwko
parlamentu, a jego wnętrza zdobią karykatury najbardziej znanych polityków
nowozelandzkich oraz zawodników rugby. Jest to dyscyplina numer jeden w Nowej Zelandii, a
najlepsi zawodnicy to supergwiazdy. Wielu więc polityków i zawodników rugby wpada do
"swojego" pubu na piwo.
Z APARATEM W ŚWIAT
FotoSzkoła
Jak połączyć pasję podróżowania z pasją fotografowania? Bardzo
prosto! Odpowiedzią na to pytanie jest szkoła fotografowania, którą biuro Aslema Tours
rozwija od dwóch lat. Koncepcja "FotoSzkoły" opiera się na praktycznej nauce
fotografii podróżniczej. Wyjeżdżamy w atrakcyjne fotograficznie miejsca i w
egzotycznych plenerach poznajemy tajniki fotografii podróżniczej - na ulicach,
targowiskach czy pośród natury.
Podróżujemy w małych grupkach do 15 osób, co gwarantuje nie tylko
wspaniałą atmosferę, ale przede wszystkim stały kontakt z instruktorem -
doświadczonym fotografem. W naszej ofercie znajdują się wyjazdy stacjonarne (z pobytem
na miejscu), podczas których łączymy wykłady teoretyczne z praktyką w plenerze.
Każdy dzień rozpoczynamy od 3-4 godzin wykładu bogato ilustrowanego przykładami
fotograficznymi. Po południu idziemy w plener, aby zastosować w praktyce świeżo
zdobytą teorię. Wieczorami analizujemy zrobione zdjęcia. Zapraszamy też na wyprawy
fotograficzne, gdzie nie ma już miejsca na teorię w sali wykładowej. Od razu uzbrojeni
w aparaty, ruszamy "na podbój" nowej krainy. Są to wyprawy o charakterze objazdowym,
zwykle każdego dnia śpimy gdzieś indziej.
KUCHNIE ŚWIATA
Chorwackie smaki
Chorwacja kojarzy mi się z ciepłem, pršutem, oliwkami
nadziewanymi kozim serem, rybą inčun i winem. Jej kuchnia jest wypadkową kuchni
śródziemnomorskiej, środkowo-europejskiej i kuchni tureckiej. W świat chorwackich
smakołyków wprowadzili mnie przyjaciele Beata i Jozo Arabadžič, polsko-chorwackie
małżeństwo.
Większość potraw Chorwaci przyrządzają z mięsa dobrze
wysmażonego lub grilowanego. Do tego podawane są przystawki z owoców morza, serów,
dań warzywnych, oliwek, wielu surówek i owoców. Do posiłków piją wytrawne wina
czerwone i białe.
Najbardziej popularną zakąską jest pršut (pruszut). Jest to suszona szynka wędzona z
mięsa wieprzowego. Doskonałą zakąską jest także twardy, wędzony ser o nazwie
paški, wywodzący się z wyspy Pag, który jest najczęściej podawany z różnymi
gatunkami oliwek, naturalnie do czerwonego wina. Aby wydobyć jego najlepszy smak, należy
otworzyć butelkę i przelać jej zawartość do szklanej karafki, czyli dekantera. Po
około pół godzinie wino w kontakcie z powietrzem nabiera bukietu i wówczas znika
zapach leżakowania. Przelane przez metalowe sitko, które usuwa nadmiar taniny, trunek
nabiera charakterystycznego cierpkiego posmaku. Jest to taka mała, somelierska tajemnica.
W południowej Dalmacji na wyspie Vis, królują dania z jagnięciny czy koźlęcia
pieczonego w piecu lub na ruszcie.
FESTIWAL "WŁÓCZYKIJ"
Czym jest gryfiński festiwal "Włóczykij"? To święto
niekończącej się drogi, karnawał "innych" światów, hołd złożony ludziom, dla
których dachem ich domów jest niebo. "Wlóczykij" to zwiastun wiosny, zastrzyk
energii i arena szaleństwa. "Włóczykij" to odtrutka na osiadły tryb życia i
jednocześnie lek na depresję. "Włóczykij" to również skok w przepaść ze
spadochronem, chodzenie nago po lesie podczas deszczu oraz emanacja nieskończoności i
kosmosu.
"Włóczykij" to największa impreza podróżnicza w województwie
zachodniopomorskim i jedna z największych tego typu imprez w kraju. Odbywa się w
Gryfinie koło Szczecina, w sąsiedztwie dzikich terenów Międzyodrza. Poświęcona jest
ludziom, którzy odnajdują swoją podróżniczą i życiową cele z dala od utartych
szlaków. Głównymi punktami programu są spotkania z podróżnikami, a także przegląd
profesjonalnych, długometrażowych filmów. Oprócz prezentacji slajdów, zdjęć,
spotkań i filmów na "Włóczykiju" odbywają się również degustacje potraw kuchni
świata, koncerty alternatywnych zespołów, wystawy, a także zimowy, ekstremalny rajd na
orientację.
III
Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży
Gryfino 19-28.02.2009 roku - www.wloczykij.com
KONKURS
"OBIEŻYŚWIATA"
JAK NAZYWAJĄ SIĘ BERBERYJSKIE SPICHLERZE OBRONNE W TUNEZJI?
Wśród 3 osób, które do 15.03.2009 roku przyślą
prawidłową odpowiedź na kartkach pocztowych wraz z doklejonym kuponem konkursowym pod
adresem: MT OBIEŻYŚWIAT, ul. Norwida 61, 76-200 Słupsk, wylosujemy przewodniki
turystyczne wydawnictwa Hachette Livre.
Prawidłowa odpowiedź w konkursie z nr 4(16)/2008 brzmiała: Wyspa
Niue jest stowarzyszona z Nową Zelandią. Przewodniki wylosowali: Maria Kordowska z
Wałbrzycha, Joanna Radecka ze Skołyszyna i Paweł Jankowski z Tarnowa. Gratulujemy!
Nagrody prześlemy pocztą.
   MULTIMEDIALNY OBIEŻYŚWIAT
Prawie 6500 starannie pose-
gregowanych i opisanych zdjęć, 155 minut filmów, ponad 15 godzin radiowych opowieści
podróżników i muzyki etnicznej oraz 400 ekranów tekstu zawarte są na 4 płytach
CD-ROM multimedialnej wersji magazynu OBIEŻYŚWIAT. Niewiarygodne, a jednak prawdziwe!
Płyty te powstały w latach 2002-2004 na skutek sukcesywnego gromadzenia i opracowywania
przez Wydawnictwo KOLUMB relacji polskich podróżników z wypraw na 7 kontynentów.
Są tam reportaże m.in. z rejsów dookoła świata kpt.
Krzysztofa Baranowskiego na "Lady B" oraz jachtem "Marią" czy 6
wypraw wokół globu Andrzeja Sochackiego. Trasy biegną przez kilkadziesiąt państw - od
najbardziej odległej Nowej Zelandii i dalej m.in. przez wyspy Pacyfiku, Australię,
Indonezję, Malezję, Laos, Tajlandię, Sri Lankę, Indie, Nepal, Tybet i Chiny,
syberyjskie połacie Rosji, Oman, Jemen, Turcję, Syrię, Egipt, Togo, RPA, Norwegię,
Finlandię, Litwę, Łotwę, Estonię, Słowację, Hiszpanię, Portugalię, USA, Boliwię,
Peru aż po Antarktydę. Wystarczy tego na 60 godzin oglądania, słuchania i czytania.
Jest to prawdziwa uczta duchowa dla każdego, kto kocha podróże i niezastąpiona pomoc
dydaktyczna w nauce geografii. Więcej informacji na www.obiezyswiat.com
SUPER OFERTA
4 x PC CD-ROM w cenie 2
Cena promocyjna kompletu:
39,80 zł zamiast 79,60 zł
(wysyłka na koszt wydawcy)
Zamów:
kolumb@obiezyswiat.com
tel. 059 842 49 53
-------------------------------------------------------------------------
O NAJNOWSZE WYDANIE
MAGAZYNU OBIEŻYŚWIAT PYTAJ
W SALONACH PRASOWYCH RUCH, KOLPORTER I EMPIK!
Pakiety numerów archiwalnych magazynu OBIEŻYŚWIAT można kupić
w wysyłkowej Księgarni Obieżyświatów.
Zobacz numery archiwalne:

OBIEŻYŚWIAT 4(16)/2008

OBIEŻYŚWIAT 3(15)/2008

OBIEŻYŚWIAT 2(14)/2008

OBIEŻYŚWIAT 1(13)/2008

OBIEŻYŚWIAT 4(12)/2007

OBIEŻYŚWIAT 3(11)/2007

OBIEŻYŚWIAT 2(10)/2007

OBIEŻYŚWIAT 1(9)/2007

OBIEŻYŚWIAT 3(8)/2006

OBIEŻYŚWIAT 2(7)/2006

OBIEŻYŚWIAT 1(6)/2006
|